Autor: Agnieszka Lis
Tytuł: Huśtawka
Liczba stron: 471
Data wydania: 2018
Forma: książka papierowa
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Źródło: egzemplarz recenzencki
Czy miewacie tak, że mimo sympatii do danego autora i wcześniejszych miłych wspomnień związanych z jego twórczością macie problem z przeniknięciem do kolejnych jego premier? Długo zastanawiałam się, dlaczego dzieje się tak u mnie i dopiero ostatnio być może znalazłam odpowiedź na to pytanie. Jak widzicie- czytam i recenzuję dość dużo,, dlatego w obecnym czasie chcę y książka ciekawiła mnie od początku i była przyjemnym sposobem na spędzenie czasu, abym nie męczyła się czytając. Co więc "przeszkadza" mi u Agnieszki? Tak właściwie to nic, ale ostatnio doszłam do wniosku, że jej książki są za bardzo złożone, nie wiem czy mogę tak to ująć, ambitne, jak na okres czytelniczy w którym aktualnie się znajduję i, co gorsza, nie wiem czy kiedyś nastąpi zmiana.
"Huśtawka" to powieść o trzech pokoleniach kobiet i ich tajemnicach. A trzeba przyznać, mają ich wiele. To powieść o miłości i zrozumieniu, o akceptacji wyborów.
Książka nie jest prosta. Ma też w sobie coś, czego to okropnie nie lubię i z czym mam problem. Otóż w każdym rozdziale kto inny jest narratorem, a dodatkowo momentami miałam wrażenie, że oprócz narratora pojawia się również kolejna osoba. Przez około połowę książki, jak już wcześniej wspomniałam, miałam trudności z przeniknięciem do świata w niej przedstawionego.
Jak to się mówi? Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło więc mimo, że dłuższy czas odczuwałam znużenie książką, tak później pojawiły się wydarzenia, które mocno mnie zainteresowały, a ostatecznie przekonały do książki. Agnieszka porusza ważne tematy, czasem dość kontrowersyjne. Czasem w bohaterach jej powieści można dostrzec cechy naszych bliskich. Najbardziej wciągnął mnie wątek mojej imienniczki, Małgorzaty.
Moja recenzja nie jest negatywna. Na pewno sięgnę po kolejne książki Agnieszki, zresztą w kolejce czeka już świąteczna ("Zapach goździków").
Jest też coś, co mnie absolutnie ujęło. To okładka. Trudno od niej oderwać wzrok.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agnieszka Lis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agnieszka Lis. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 12 listopada 2019
czwartek, 31 stycznia 2019
"Muzyka twojej duszy"- Agnieszka Lis
Autor: Agnieszka Lis
Tytuł: Muzyka twojej duszy
Liczba stron: 357
Data wydania: 2019 r.
Forma: książka papierowa
Wydawnictwo: Wydawnictwo Czwarta Strona
Źródło: egzemplarz recenzencki
Posiadam wszystkie książki Agnieszki Lis. Kilka z nich przeczytane, reszta czeka na swoją kolej. Przypadek sprawił, że sięgnęłam po najnowszą jej powieść (przypadek, bo w ręku miałam również "Huśtawkę". Jak oceniam najnowszą książkę tej autorki, która swoją premierę miała raptem dwa tygodnie temu.
Nie będę ukrywać- jestem rozdarta. Agnieszkę znam osobiście i bardzo cenię sobie jej powieści. I dlatego trochę trudno napisać mi, że nie do końca trafiła do mnie "Muzyka twojej duszy". Inaczej. Książka jest naprawdę dobra warsztatowo, ale nie do końca rozumiałam wprowadzenie niektórych wątków. Czułam, że lepiej gdyby nie było ich. Dopiero na końcu znalazło się wyjaśnienie skąd akurat takie wydarzenia. Być może to, że muzyka, filharmonie nie moja bajka, nie mam dobrego wyczucia rytmu miało wpływ, że nie do końca rozumiałam wątek Isabel, Oleny- utalentowanych pianistek.
Głównym bohaterem jest Igor- i to jego wątek naprawdę mnie zachwycił. Czytałam z wypiekami na twarzy o jego pasji do fotografowania (która narodziła się przypadkiem, chłopak dostał aparat od wujka i odkryto, że ma do tego talent), o szkole, dążeniu do spełnienia marzeń. I wreszcie- o pierwszych krokach w dorosłość, pierwszych miłościach i rozczarowaniach. To dla niego oszalałam, nie mogłam się oderwać. I nie ma tu przesady w moich słowach. Historia Igora ogromnie mnie zainteresowała. Jednak w miarę czytania w mojej głowie pojawiały się myśli, że ja opowieść o Igorze i Kamili skądś znam. Na końcu wyjaśniono, że naprawdę miała ona miejsce, jest inspirowana prawdziwymi wydarzeniami- dokładniej mówiąc opowiedzianymi przez naszą wspólną internetową znajomą. Czy naprawdę stąd?- nie wiem.
Jak widzicie historia na plus, jednak mam pewien malutki problem. Nie mogłam osadzić jej w czasie. Raz miałam wrażenie, że są one mocno odległe (bliżej początku drugiej połowy wieku XX), kiedy indziej, że bliżej początku XXI w.
Książkę bardzo polecam, chociażby ze względu na wątek Igora, Kamili i Eli. Bardzo, bardzo mi ię podobał.
Tytuł: Muzyka twojej duszy
Liczba stron: 357
Data wydania: 2019 r.
Forma: książka papierowa
Wydawnictwo: Wydawnictwo Czwarta Strona
Źródło: egzemplarz recenzencki
Posiadam wszystkie książki Agnieszki Lis. Kilka z nich przeczytane, reszta czeka na swoją kolej. Przypadek sprawił, że sięgnęłam po najnowszą jej powieść (przypadek, bo w ręku miałam również "Huśtawkę". Jak oceniam najnowszą książkę tej autorki, która swoją premierę miała raptem dwa tygodnie temu.
Nie będę ukrywać- jestem rozdarta. Agnieszkę znam osobiście i bardzo cenię sobie jej powieści. I dlatego trochę trudno napisać mi, że nie do końca trafiła do mnie "Muzyka twojej duszy". Inaczej. Książka jest naprawdę dobra warsztatowo, ale nie do końca rozumiałam wprowadzenie niektórych wątków. Czułam, że lepiej gdyby nie było ich. Dopiero na końcu znalazło się wyjaśnienie skąd akurat takie wydarzenia. Być może to, że muzyka, filharmonie nie moja bajka, nie mam dobrego wyczucia rytmu miało wpływ, że nie do końca rozumiałam wątek Isabel, Oleny- utalentowanych pianistek.
Głównym bohaterem jest Igor- i to jego wątek naprawdę mnie zachwycił. Czytałam z wypiekami na twarzy o jego pasji do fotografowania (która narodziła się przypadkiem, chłopak dostał aparat od wujka i odkryto, że ma do tego talent), o szkole, dążeniu do spełnienia marzeń. I wreszcie- o pierwszych krokach w dorosłość, pierwszych miłościach i rozczarowaniach. To dla niego oszalałam, nie mogłam się oderwać. I nie ma tu przesady w moich słowach. Historia Igora ogromnie mnie zainteresowała. Jednak w miarę czytania w mojej głowie pojawiały się myśli, że ja opowieść o Igorze i Kamili skądś znam. Na końcu wyjaśniono, że naprawdę miała ona miejsce, jest inspirowana prawdziwymi wydarzeniami- dokładniej mówiąc opowiedzianymi przez naszą wspólną internetową znajomą. Czy naprawdę stąd?- nie wiem.
Jak widzicie historia na plus, jednak mam pewien malutki problem. Nie mogłam osadzić jej w czasie. Raz miałam wrażenie, że są one mocno odległe (bliżej początku drugiej połowy wieku XX), kiedy indziej, że bliżej początku XXI w.
Książkę bardzo polecam, chociażby ze względu na wątek Igora, Kamili i Eli. Bardzo, bardzo mi ię podobał.
niedziela, 26 lutego 2017
"Karuzela"- Agnieszka Lis
Autor: Agnieszka Lis
Tytuł: Karuzela
Liczba stron: 630
Data wydania: 11 stycznia 2017 r.
Forma: książka papierowa
Wydawnictwo: Wydawnictwo Czwarta Strona
Źródło: egzemplarz recenzencki
Przed lekturą spotkałam się z wieloma opiniami na temat "Karuzeli". Wszystkie, co do jednej były pozytywne. Taka sytuacja rzadko ma miejsce. Wiadomo- ile ludzi tyle opinii i trudno by jedna książka podobała się każdemu. A jednak Agnieszce Lis udało się tego dokonać.
Jestem pełna zachwytu. Książka sama się broni: jest bardzo ciekawa, wciągająca. Przeczytanie sześciuset stron zajęło mi... jeden dzień. Wszelkie obowiązki poszły w odstawkę, byłam tylko ja i Renata. Ja i rodzina bohaterki.
Książka wywołuje niesamowite emocje. Bardziej wrażliwi planując lekturę tej powieści powinni zaopatrzyć się w duże pudło chusteczek. Nigdy nie płaczę na filmach czy przy książkach, ale podczas czytania "Karuzeli" łza w oku parę razy się zakręciła. (obyło się jednak bez płaczu).
Recenzowana dziś przeze mnie pozycja porusza trudne tematy. Przeczytamy o miłości, o zadrach z przeszłości, o życiu rodzinnym, o przemijaniu i o walce z chorobą.
Renatę poznajemy w trudnym momencie jej życia: czuje się źle, jest ospała i osłabiona. Przez dłuższy czas odkłada wizytę u lekarza, a gdy już się na nią decyduje słyszy coś, co ścina ją z nóg i trzęsie jej światem. Co usłyszała od lekarza? Jak z tym poradzi sobie jej rodzina?
Tak właściwie to wszystkie wątki były ciekawe. Chyba nie potrafiłabym wybrać tego jednego, który najbardziej mnie zainteresował.
Jestem "zła" na autorkę, że tak szybko się skończyło. W tym przypadku sześćset stron to "pestka", tyle co nic. Z przyjemnością sięgnęłabym po kontynuację i przeczytała o dalszych losach jej rodziny i przyjaciół. Polubiłam ich.
Książkę serdecznie polecam. Jest naprawdę warta zakupu.
Tytuł: Karuzela
Liczba stron: 630
Data wydania: 11 stycznia 2017 r.
Forma: książka papierowa
Wydawnictwo: Wydawnictwo Czwarta Strona
Źródło: egzemplarz recenzencki
Przed lekturą spotkałam się z wieloma opiniami na temat "Karuzeli". Wszystkie, co do jednej były pozytywne. Taka sytuacja rzadko ma miejsce. Wiadomo- ile ludzi tyle opinii i trudno by jedna książka podobała się każdemu. A jednak Agnieszce Lis udało się tego dokonać.
Jestem pełna zachwytu. Książka sama się broni: jest bardzo ciekawa, wciągająca. Przeczytanie sześciuset stron zajęło mi... jeden dzień. Wszelkie obowiązki poszły w odstawkę, byłam tylko ja i Renata. Ja i rodzina bohaterki.
Książka wywołuje niesamowite emocje. Bardziej wrażliwi planując lekturę tej powieści powinni zaopatrzyć się w duże pudło chusteczek. Nigdy nie płaczę na filmach czy przy książkach, ale podczas czytania "Karuzeli" łza w oku parę razy się zakręciła. (obyło się jednak bez płaczu).
Recenzowana dziś przeze mnie pozycja porusza trudne tematy. Przeczytamy o miłości, o zadrach z przeszłości, o życiu rodzinnym, o przemijaniu i o walce z chorobą.
Renatę poznajemy w trudnym momencie jej życia: czuje się źle, jest ospała i osłabiona. Przez dłuższy czas odkłada wizytę u lekarza, a gdy już się na nią decyduje słyszy coś, co ścina ją z nóg i trzęsie jej światem. Co usłyszała od lekarza? Jak z tym poradzi sobie jej rodzina?
Tak właściwie to wszystkie wątki były ciekawe. Chyba nie potrafiłabym wybrać tego jednego, który najbardziej mnie zainteresował.
Jestem "zła" na autorkę, że tak szybko się skończyło. W tym przypadku sześćset stron to "pestka", tyle co nic. Z przyjemnością sięgnęłabym po kontynuację i przeczytała o dalszych losach jej rodziny i przyjaciół. Polubiłam ich.
Książkę serdecznie polecam. Jest naprawdę warta zakupu.
wtorek, 27 grudnia 2016
Blogowy cykl świąteczny- Agnieszka Lis
Jak to się mówi? Święta, święta i po świętach... A figa! U Knigoholiczki w tym roku święta potrwają trochę dłużej- a to za sprawą świątecznych wywiadów. Pozostało mi do opublikowania jeszcze trzy.
Zapraszam więc do przeczytania rozmowy z Agnieszką Lis autorki kilku wspaniałych książek. Niebawem premiera jej najnowszej powieści!
Święta w dzieciństwie. Każdy z nas ma jakieś wspomnienia z czasu gdy wierzyło się w Świętego Mikołaja, czekało z niecierpliwością na pierwszą gwiazdkę. Czy jest coś, co do dziś Pani wspomina?
Ja święta generalnie wspominam wspaniale. Nie mam jakiś konkretnych, spektakularnych wydarzeń – bardziej została we mnie świąteczna atmosfera, taka magia, choinka, pod nią kolorowe paczki. Dzisiaj staram się, żeby ta magia istniała w moim domu. Święta mają być uśmiechnięte i bezproblemowe. Trudno, może to oczekiwanie wydaje się nierealne, wyjęte z reklamy, amerykańskie, ale święta takie właśnie mają być. I takie są w moim domu.
Mój starszy syn dopiero w czwartej klasie, z podręcznika (zła jestem na autorów!) dowiedział się, że Święty Mikołaj nie istnieje. Mam takie przekonanie, infantylne być może, że dopóki dzieci wierzą w Mikołaja, dopóty jest to dzieciństwo pełna gębą. A potem wchodzi rzeczywistość… więc tę magię staram się utrzymywać jak najdłużej.
Już na początku listopada w sklepach pojawiają się choinki, bombki, w radiach kolędy - ogólnie rzecz biorąc - zaczyna się czuć tę szczególną atmosferę. Czy Pani lubi ten czas? A może odwrotnie - w głowie pojawia się myśl by w grudniu uciec gdzieś, gdzie nie ma radia, telewizji i wrócić dopiero po świętach?
O nic podobnego! Żadnych ucieczek! Pisałam już, że święta lubię i celebruję. Wprawdzie wkurza mnie ich komercjalizowanie, ale i tak się na cieszę. Jak dziecko, którym staram się być chociaż od czasu do czasu.
Czasem myślę, że szkoda trochę ich magii… Dodatkowy talerz, który jest pustym gestem, zastawiony stół, przy którym się nikt nie uśmiecha, owczy pęd do kupowania czegokolwiek… Znak czasu? Nie wiem. Pogoń? Za czym? Za ułudą szczęścia?
Nie cierpię wizyt w sklepach przed świętami. Dziki tłum i wewnętrzny przymus – kupuj, kupuj! Wszechobecne reklamy, ogłupiające niestety. Wyścig czerwonych i niebieskich mikołajów, świąteczne piosenki zachwalające jogurt, dachówki i perfumy. Ja prezenty zbieram od września, czasem nawet wcześniej coś znajdę ciekawego i przychomikuję. Czekają na swój moment, są przemyślane i przygotowane dla konkretnej osoby. Przed świętami mogę dokupić śmietany, jeśli mi zabraknie do śledzi, ale prezentów – na pewno już nie.
Nie bardzo mam zresztą czas na bieganie po sklepach, więc mnie to specjalnie nie denerwuje, ale jeśli już jestem w listopadzie w centrum handlowym, i zaraz po Wszystkich Świętych widzę wystawę bombek… to mnie to śmieszy. Tak, bardziej śmieszy niż denerwuje. Chociaż również zastanawia. Bo skoro tak jest, to znaczy, że tego rodzaju marketing działa. A skoro działa… to gdzie się podziało myślenie wśród konsumentów?
Uwielbiam zapach choinki, jednak od wielu lat muszę zadowolić się sztucznym drzewkiem. Wraz z rodziną ubierana jest w przeddzień lub nawet w dzień Wigilii. Co roku czekam na ten piękny czas. Jak to wygląda u Pani?
Ja także uwielbiam zapach choinki, ale jestem pragmatyczką. Od kilku lat mam sztuczną. Jakoś mieliśmy niefart do choinek. Albo była nieforemna (chociaż nie było tego wcześniej widać), albo – co przytrafiło nam się kilka razy z rzędu – nieświeża. Sypała się już w Wigilię. Co to za przyjemność patrzeć na łyse drzewko i dwa razy dziennie pod nim odkurzać? Więc pewnego roku podjęłam decyzję i przyjechałam do domu z plastikową choinką. Jako rekompensatę dla dzieciaków wybrałam największą, jaka była.
Za to przybieramy ją co roku inaczej. W listopadzie jeden z moich synów wybiera kolor. Bombek mamy w domu zatrzęsienie, więc wybieramy wspólnie, które w tym roku zawisną na naszym drzewku. Czasem coś dokupujemy. Sporo ozdób robimy też sami, podobnie jak kartki świąteczne. Od lat ich nie kupuję, tylko razem z dziećmi tnę i kleję. Efekty są różne, ale zawsze własnoręczne ;-)
Tradycja mówi, że na stole ma być dwanaście potraw. W moim domu wieczerza wigilijna rozpoczyna się około godziny 17. Dania są tradycyjne, bezmięsne: uszka, krokiety, kapusta z grzybami. Nie może zabraknąć karpia i kompotu z suszu. Z dań niekoniecznie tradycyjnych: w ostatnią wigilię przygotowałam łososia.
A jak jest u Pani? Wigilia w gronie najbliższych czy i dalszych krewnych? Jak wygląda przygotowywanie Świąt?
Uwielbiam gotować. Zwyczajnie sprawia mi to przyjemność. Mamy w domu już swoje własne potrawy, niekoniecznie tradycyjne w powszechnym rozumieniu, ale w naszym domu są ściśle wigilijne. Jest czerwony barszcz z grzybowymi uszkami. Pasztet z grzybów. Śledzie w bitej śmietanie. Sałatka śledziowo-buraczana. Rolada łososiowa z nadzieniem serowym. Tatar z pstrąga. Karp w galarecie. Na ciepło karp w piwie. Nie przepadamy za kutią czy kompotem z suszu, więc w naszym domu po prostu ich nie ma. Szaleję za to z ciastami. Mój mąż jest wielbicielem serników, więc nie może sernika nie być. Zawsze tort, kiedyś makowy, ale któregoś roku obydwoje z mężem w tajemnicy wyznaliśmy sobie, że nie lubimy maku ;-) Więc nie ma u nas makowca ani pierników, bo też nie przepadamy. Czasami pierniczki piekę z dziećmi, dla ich radości lepienia i zdobienia. W tym roku planuję tort nugatowy i bezowy, sernik, ciasto biszkoptowe ze śmietaną i może tiramisu. A może jeszcze coś mi wpadnie do głowy.
Grudniowe święta spędzamy w domu. Nie mam ochoty nigdzie wyjeżdżać – Boże Narodzenie jest dla mnie domowe, rodzinne. Na Wielkanoc wyjeżdżamy chętnie, może nie co roku, ale za to z przyjemnością. Nie wyobrażam sobie jednak wyjazdu w Boże Narodzenie. W tym roku będzie u nas osiem osób w Wigilię i jedenaście w pierwszy dzień świąt. I w ogóle mi to nie przeszkadza. Lubię gotować, umiem sobie pracę w kuchni rozplanować, więc się nie martwię. Wielkie gotowanie zacznę od pieczenia, marynowania, macerowania i namaczania już we wtorek ;-)
Po kolacji nadchodzi czas gdy możemy obserwować na twarzy rodziny uśmiechy. Z prezentów cieszą się nie tylko dzieci. Ja uwielbiam sprawiać radość moim bliskim. Mimo skromnych funduszy staram się by podarkiem ucieszyć. Wiele jest zwyczajów: w jednych domach prezenty dostają tylko dzieci, w innych- każdy- każdemu. Jak to jest u Pani?
Prezenty - obowiązkowo! – dla wszystkich. Przyznam się do jeszcze jednej mojej dziecinnej radości – lubię prezenty pakować. Więc najchętniej każdą czekoladkę zapakowałabym osobno ;-)
Oczywiście, dzieci są obdarowywane najhojniej, ale i dorosłym niczego pod tym świątecznym drzewkiem nie brak. Mogą być to drobiazgi, ale być muszą!
Czego, korzystając z okazji, życzę także wszystkim Czytelnikom Pani bloga. Niech magia świąt zaczaruje dla wszystkich ten czas. Niech będzie przepełniony radością i miłością. Nawet, jeśli dla kogoś te wszystkie światełka, mikołaje, renifery i kolorowe paczuszki to synonim kiczu – to życzę na tyle dystansu, aby był to jednak powód do uśmiechu. I to nie tylko w święta. Ważniejsze dla mnie jest, aby tolerancja, życzliwość i pogoda ducha towarzyszyły nam wszystkim, na co dzień. Czego życzę i Pani, i Państwu, i – egoistycznie – także sobie
poniedziałek, 15 lutego 2016
"Pozytywka"- Agnieszka Lis
Autor: Agnieszka Lis
Tytuł: Pozytywka
Liczba stron: 258
Data wydania: 13 stycznia 2016 r.
Forma: książka papierowa
Wydawnictwo: Wydawnictwo Czwarta Strona
Źródło: egzemplarz recenzencki
"Pozytywka" to druga książka, która znajdowała się w długo oczekiwanej paczce, która dotarła w piątek. Od otrzymania minęło zaledwie dwa dni, lecz ja nie mogłam opanować się by nie sięgnąć po nią.Zachwalana przez blogerów, zbierała same pozytywne recenzje- słowem i ja postanowiłam sprawdzić czy te opinie nie są przesadzone. O tym, że muszę przeczytać tę książkę wiedziałam już wcześniej widząc zapowiedź, bez sugerowania się recenzjami. Po prostu byłam pewna, że nie zawiodę się- za to spędzę cudowny czas z bohaterami.
Dziś z całą pewnością mogę powiedzieć- to książka warta przeczytania i górnych miejsc list bestsellerów! Do zakupu i lektury na pewno zachęca okładka- widzimy na niej zamyśloną- smutną kobietę.
Monikę poznajemy w dniu ślubu. Ona- mieszkająca na wsi dziewczyna, on bogaty chłopak z miasta. Jenak coś ich połączyło, zaiskrzyło. Ślub i wesele miała jak z marzeń, jednak już na początku dało się wyczuć stres i nieśmiałość dziewczyny oraz to, że była posłuszna wobec rodziców (wyznających zasady: "co ludzie powiedzą" oraz "zastaw się a postaw się"). Wydaje się, że Monikę czeka życie jak z marzeń, jednak szybko rozwiewają się jej złudzenia. Zrozumienie jako takie znajduje u teściowej, teść nie interesuje się spawami domowymi. Zapytacie- co z mężem? Roberta bardzo denerwowało zachowanie żony: jej nieśmiałość oraz cichość, zgoda na wszystko.
Pójście kobiety do pracy spotkało się z niemiłymi komentarzami dotyczącymi tego, że jest całkowicie nieporadna i po prostu głupia. Monika bez słowa przyjmowała to co mówił lecz w środku czuła ból. Początkowo namawiano ją na pracę, lecz później wykorzystywano to przeciwko mniej: pojawiały się kolejne raniące słowa mówiące o tym, że nie nadaje się na żonę- nie rodzi dzieci.
Podczas ciąży nasza bohaterka udowodniła, że jest w stanie wiele udźwignąć: praca, studia- to wszystko udało się jej pogodzić.
Lecz pewnego dnia wydarza się tragedia, która sprawia, że jej poukładany świat runął. Okazało się to początkiem końca jej małżeństwa.
Monika szuka odskoczni od złych myśli w pracy. Pnie się po szczeblach kariery nie mając czasu, nie chcąc się pogrążać w smutnych myślach. Z zahukanej szarej myszki staje się bizneswoman bez skrupułów.
Mówi się, że dobra książka to taka, która wywołuje skrajne emocje. I ja się z tym zgadzam, podając przykład "Pozytywki" jako takiej powieści. Moją irytację wzbudzało wiele zachowań: komentarze i postępowanie Roberta czy nawet Moniki- bizneswoman (zupełnie nie wiem dlaczego).
Takich "Monik" czy "Robertów" nie potrafiących pozbierać się po tragedii jest wiele. Tylko od nich zależy czy uda się poukładać życie.
Również zachowanie rodziców bohaterki jest znane w dzisiejszym świecie. Wiele osób zaciąga pożyczki na wesela by tylko pokazać: stać mnie! Moja córka musi mieć wszystko co najlepsze- nie ważne późniejsze kłopoty finansowe.
Książkę serdecznie polecam- czytałam ją z wielką przyjemnością. Obiecałam sobie sięgnąć w wolnej chwili po poprzednie powieści Agnieszki Lis.
Tytuł: Pozytywka
Liczba stron: 258
Data wydania: 13 stycznia 2016 r.
Forma: książka papierowa
Wydawnictwo: Wydawnictwo Czwarta Strona
Źródło: egzemplarz recenzencki
"Pozytywka" to druga książka, która znajdowała się w długo oczekiwanej paczce, która dotarła w piątek. Od otrzymania minęło zaledwie dwa dni, lecz ja nie mogłam opanować się by nie sięgnąć po nią.Zachwalana przez blogerów, zbierała same pozytywne recenzje- słowem i ja postanowiłam sprawdzić czy te opinie nie są przesadzone. O tym, że muszę przeczytać tę książkę wiedziałam już wcześniej widząc zapowiedź, bez sugerowania się recenzjami. Po prostu byłam pewna, że nie zawiodę się- za to spędzę cudowny czas z bohaterami.
Dziś z całą pewnością mogę powiedzieć- to książka warta przeczytania i górnych miejsc list bestsellerów! Do zakupu i lektury na pewno zachęca okładka- widzimy na niej zamyśloną- smutną kobietę.
Monikę poznajemy w dniu ślubu. Ona- mieszkająca na wsi dziewczyna, on bogaty chłopak z miasta. Jenak coś ich połączyło, zaiskrzyło. Ślub i wesele miała jak z marzeń, jednak już na początku dało się wyczuć stres i nieśmiałość dziewczyny oraz to, że była posłuszna wobec rodziców (wyznających zasady: "co ludzie powiedzą" oraz "zastaw się a postaw się"). Wydaje się, że Monikę czeka życie jak z marzeń, jednak szybko rozwiewają się jej złudzenia. Zrozumienie jako takie znajduje u teściowej, teść nie interesuje się spawami domowymi. Zapytacie- co z mężem? Roberta bardzo denerwowało zachowanie żony: jej nieśmiałość oraz cichość, zgoda na wszystko.
Pójście kobiety do pracy spotkało się z niemiłymi komentarzami dotyczącymi tego, że jest całkowicie nieporadna i po prostu głupia. Monika bez słowa przyjmowała to co mówił lecz w środku czuła ból. Początkowo namawiano ją na pracę, lecz później wykorzystywano to przeciwko mniej: pojawiały się kolejne raniące słowa mówiące o tym, że nie nadaje się na żonę- nie rodzi dzieci.
Podczas ciąży nasza bohaterka udowodniła, że jest w stanie wiele udźwignąć: praca, studia- to wszystko udało się jej pogodzić.
Lecz pewnego dnia wydarza się tragedia, która sprawia, że jej poukładany świat runął. Okazało się to początkiem końca jej małżeństwa.
Monika szuka odskoczni od złych myśli w pracy. Pnie się po szczeblach kariery nie mając czasu, nie chcąc się pogrążać w smutnych myślach. Z zahukanej szarej myszki staje się bizneswoman bez skrupułów.
Mówi się, że dobra książka to taka, która wywołuje skrajne emocje. I ja się z tym zgadzam, podając przykład "Pozytywki" jako takiej powieści. Moją irytację wzbudzało wiele zachowań: komentarze i postępowanie Roberta czy nawet Moniki- bizneswoman (zupełnie nie wiem dlaczego).
Takich "Monik" czy "Robertów" nie potrafiących pozbierać się po tragedii jest wiele. Tylko od nich zależy czy uda się poukładać życie.
Również zachowanie rodziców bohaterki jest znane w dzisiejszym świecie. Wiele osób zaciąga pożyczki na wesela by tylko pokazać: stać mnie! Moja córka musi mieć wszystko co najlepsze- nie ważne późniejsze kłopoty finansowe.
Książkę serdecznie polecam- czytałam ją z wielką przyjemnością. Obiecałam sobie sięgnąć w wolnej chwili po poprzednie powieści Agnieszki Lis.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



