Autor: M.S Force
Tytuł. Pragnienie (tom 1)
Liczba stron: 304
Data wydania: 4 września 2015 r.
Forma: książka papierowa
Wydawnictwo: Wydawnictwo Amber
Źródło: egzemplarz recenzencki
W ostatnich dniach trudno znaleźć mi czas na czytanie: siostrzeńcy sami się nie popilnują, dom sam się nie posprząta i na święta trzeba coś ugotować. Jednak od książki "Pragnienie" czyli od pierwszego tomu trylogii Quantum trudno się oderwać. Musiałam jej poświęcić choć parę chwil!
To pozycja dla osób w określonym wieku: a dokładniej sięgnąć powinny po nią osoby pełnoletnie lub zbliżające się do osiemnastu lat: uważam, że literatura erotyczna nie powinna trafiać do wczesnych nastolatek (choć pewnie już niejedno widziały w internecie).
Jestem już po lekturze "50 twarzy Grey'a" i muszę przyznać, że między tymi dwoma trylogiami dostrzegam podobieństwa. O tym- za chwilę.
Czy kiedykolwiek marzyliście o związku z popularnym aktorem czy piosenkarzem, bożyszczem tłumów? Założę się, że tak! Bohaterka książki "Pragnienie" już nie musi tego robić: w bardzo niecodziennych okolicznościach poznaje Flynna Goodfreya. Początkowo jest nieufna, lecz szybko mężczyzna zdobywa jej zaufanie. Wydaje się, że nic nie zmieni stosunku kobiety do niego. Czy tak będzie? Czy to, że Flynn miał wcześniej dość... bogate życie erotyczne i wiele partnerek, które i dziś wiele by zrobiły by uprawiać z nim seks wpłynie na ich relacje?
Natalie w swoim życiu wiele przeszła- by nie psuć Wam "zabawy" wspomnę tylko, miała jeną zasadę, która rzucała wielki cień na jej życie: otóż obiecała sobie, że nie będzie się z nikim kochać. Czy Flynn to zrozumie? Co miało wpływ na takie postanowienie bohaterki?
Wcześniej wspomniałam o podobieństwach między trylogiam Quantum, a powieściami E.L James. Wprawdzie "Pragnienie" to dopiero pierwsza część, ale już dziś wiem, że w obu wspomina się o seksie z użyciem zabawek i zadawaniem bólu oraz bohaterowie to bogaci popularni mężczyźni z różnymi, dla niektórych dziwnymi skłonnościami, którzy mogą pozwolić sobie na wszystko i kobiety bez pieniędzy, a kochające swoją pracę.
A okładka- prosta, nieskomplikowana, jednak coś w sobie ma!
Żałuję, że nie mam pod ręką kolejnych tomów... Muszę więc czekać. Niemnie- na pewno przeczytam "Kuszenie" i "Spełnienie".
środa, 23 grudnia 2015
wtorek, 22 grudnia 2015
Blogowy cykl świąteczny: K. N Haner
K. N Haner to bardzo tajemnicza osoba. Wydaje pod pseudonimem. Niewątpliwie ma to związek z typem literatury: Otóż Kasia pisze świetne książki erotyczne!
W lutym tego roku mieliśmy okazję poznać jej debiutancką powieść- "Na szczycie". Jak każdy- obawiała się odbioru. Czytelnicy, którzy są zachwyceni powieściami K. N Haner, mają powód do radości:
w następnym roku możemy oczekiwać dwóch gorących (dosłownie) premier- "Na szczycie 2" i "Sny Morfeusza"!
Zaczynajmy!
Święta w dzieciństwie. Każdy z nas ma jakieś wspomnienia z czasu gdy wierzyło się w Świętego Mikołaja, czekało z niecierpliwością na pierwszą gwiazdkę. Czy jest coś, co do dziś Pani wspomina?
Każde Święta Bożego Narodzenia były dla mnie ogromnym przeżyciem. Wierzyłam jednak w Świętego Mikołaja dość krótko, bo mój starszy brat brutalnie uświadomił mi, że On nie istnieje (wtedy to była dla mnie okropna tragedia, ale teraz śmieję się z tego co roku). Do dziś pamiętam jak nakryliśmy naszych rodziców pakujących prezenty na środku salonu i wtedy czar naiwności dziecka prysł. Pamiętam także najlepszy prezent jaki otrzymałam i który sprawił mi ogromną radość: był to bobas w wanience do kąpania, przewijania i robił siusiu. Radocha jakich mało.
Już na początku listopada w sklepach pojawiają się choinki, bombki, w radiach kolędy- ogólnie rzecz biorąc- zaczyna się czuć tę szczególną atmosferę. Czy Pani lubi ten czas? A może odwrotnie- w głowie pojawia się myśl by w grudniu uciec gdzieś, gdzie nie ma radia, telewizji i wrócić dopiero po świętach?
Niestety pracuję w jednym z największych centrów handlowych w Warszawie i to świąteczne szaleństwo bardzo mnie denerwuje. Przez to nie mogę poczuć Magii Świat, a praca w Wigilię wcale tego nie ułatwia. Na szczęście Święta co roku spędzam w gronie rodzinnym i gdy tylko przekraczam próg swojego domu, do razu wiem, że to TEN wyjątkowy, świąteczny czas.
Uwielbiam zapach choinki, jednak od wielu lat muszę zadowolić się sztucznym drzewkiem. Wraz z rodziną ubierana jest w przeddzień lub nawet w dzień Wigilii. Co roku czekam na ten piękny czas. Jak to wygląda u Pani?
U nas co roku jest żywe drzewko i to nigdy się nie zmieni. Mamy swoją rodzinną tradycję związaną z choinką i to dla nas wszystkich ogromnie ważne. Niestety natłok obowiązków nie pozwala nam ubierać drzewka wspólnie w wigilijny poranek, ale staramy się, by zdarzało się to jak najrzadziej. Również uwielbiam zapach choinki, to dla mnie zapach Świąt.
Tradycja mówi, że na stole ma być dwanaście potraw. W moim domu wieczerza wigilijna rozpoczyna się około godziny 17. Dania są tradycyjne, bezmięsne: uszka, krokiety, kapusta z grzybami. Nie może zabraknąć karpia i kompotu z suszu. Z dań niekoniecznie tradycyjnych: w ostatnią wigilię przygotowałam łososia.
A jak jest u Pani? Wigilia w gronie najbliższych czy i dalszych krewnych? Jak wygląda przygotowywanie Świąt?
Wigilia zawsze w gronie najbliższej rodziny, która niedługo się powiększy. Dla mnie najbliższa rodzina to rodzice, brat, dziadkowie, wujkowie i cioteczne rodzeństwo. Jesteśmy sobie wszyscy bardzo bliscy i nie wyobrażamy sobie spędzać święta inaczej niż razem. Zawsze jest wesoło, wyjątkowo i magicznie. Ten kto był u nas na Wigilii wie o tym mówię.
Po kolacji nadchodzi czas gdy możemy obserwować na twarzy rodziny uśmiechy. Z prezentów cieszą się nie tylko dzieci. Ja uwielbiam sprawiać radość moim bliskim. Mimo skromnych funduszy staram się by podarkiem ucieszyć. Wiele jest zwyczajów: w jednych domach prezenty dostają tylko dzieci, w innych- każdy- każdemu. Jak to jest u Pani?
Staramy się dać prezent każdy każdemu. Małych dzieci u nas jeszcze nie ma, jednak za jakiś czas to się zmieni i wtedy na pewno także zmieni się tradycja dawania prezentów. Już nie mogę się doczekać jak za jakiś czas będę mogła kupić prezent także mojej malutkiej bratanicy lub bratankowi. Ja lubię dawać prezenty, ale dostawiać je to także radość. Wtedy wiesz, że ktoś myśli o Tobie i chce byś poczuł się szczęśliwy. Kocham dostawiać skarpetki i piżamy od mojej babci.
"Kochają mnie do szaleństwa. Prawdziwa historia Jureczka"- Brygida Grysiak
Autor: Brygida Grysiak
Tytuł: Kochają mnie do szaleństwa. Prawdziwa historia Jureczka
Liczba stron: 224
Data wydania:
Forma: książka papierowa
Wydawnictwo: Wydawnictwo Znak
Źródło: egzemplarz recenzencki
"Kochają mnie do szaleństwa" to kolejna książka, której treść nie powinna podlegać ocenie. Można jedynie coś powiedzieć czy w nie ma błędów (nie ma!) oraz o odczuciach, które wywołuje.
Wzruszyłam się, a nie raz i nie dwa w moich oczach zbierały się łzy. Może i brzmi to jak wyświechtany frazes, lecz taka jest prawda. Powodów do wzruszenia było wiele: zarówno te wesołe jak i smutne.
Jureczek Halski to chłopiec o niezwykle wielkiej woli życia. Urodził się 31 grudnia 2010 roku. Już w marcu wykryto u niego nowotwór złośliwy mózgu (glejaka) i wodogłowie. Odtąd coraz więcej czasu spędzał w szpitalu, takie maleństwo brutalnie poznało co to ból.
Autorką jest Brygida Grysiak- reporterka tvn. Stworzyła opowieść, od której naprawdę trudno się oderwać. Pisana językiem prostym. Narratorem jest... główny bohater, czyli Jureczek. Z jednej strony-jest to urocze, z drugiej- nie podoba mi się trochę bo ta książka jest O NIM, a nie JEGO autorstwa. Mam nadzieję, że rozumiecie, o co mi chodzi? Podam przykład: pisanie o swoich latach niemowlęcych i szczegółowa relacja z pobytów w szpitalu.
Niemniej- książkę bardzo polecam. Pokazuje obraz rodziny wielodzietnej, bardzo się kochającej i ceniącej wiele dobrych wartości w tym, wierzącej w Boga i praktykującej, swoje sprawy, prośby, radości i żale powierzającej temu na górze.
Przykład tej wspaniałej rodziny pokazuje- że dobro rodzi jeszcze więcej dobra, wraca do nas. Halscy nie zawahaliby się w udzieleniu pomocy, zatem w obliczu choroby Jurka inni zaoferowali im opiekę nad dziećmi czy wsparcie finansowe i duchowe.
Kto chce poznać Jerzego- niech przeczyta tę książkę: oprócz historii małego bohatera, który oszukał śmierć znajdziemy również fotografie.
Tytuł: Kochają mnie do szaleństwa. Prawdziwa historia Jureczka
Liczba stron: 224
Data wydania:
Forma: książka papierowa
Wydawnictwo: Wydawnictwo Znak
Źródło: egzemplarz recenzencki
"Kochają mnie do szaleństwa" to kolejna książka, której treść nie powinna podlegać ocenie. Można jedynie coś powiedzieć czy w nie ma błędów (nie ma!) oraz o odczuciach, które wywołuje.
Wzruszyłam się, a nie raz i nie dwa w moich oczach zbierały się łzy. Może i brzmi to jak wyświechtany frazes, lecz taka jest prawda. Powodów do wzruszenia było wiele: zarówno te wesołe jak i smutne.
Jureczek Halski to chłopiec o niezwykle wielkiej woli życia. Urodził się 31 grudnia 2010 roku. Już w marcu wykryto u niego nowotwór złośliwy mózgu (glejaka) i wodogłowie. Odtąd coraz więcej czasu spędzał w szpitalu, takie maleństwo brutalnie poznało co to ból.
Autorką jest Brygida Grysiak- reporterka tvn. Stworzyła opowieść, od której naprawdę trudno się oderwać. Pisana językiem prostym. Narratorem jest... główny bohater, czyli Jureczek. Z jednej strony-jest to urocze, z drugiej- nie podoba mi się trochę bo ta książka jest O NIM, a nie JEGO autorstwa. Mam nadzieję, że rozumiecie, o co mi chodzi? Podam przykład: pisanie o swoich latach niemowlęcych i szczegółowa relacja z pobytów w szpitalu.
Niemniej- książkę bardzo polecam. Pokazuje obraz rodziny wielodzietnej, bardzo się kochającej i ceniącej wiele dobrych wartości w tym, wierzącej w Boga i praktykującej, swoje sprawy, prośby, radości i żale powierzającej temu na górze.
Przykład tej wspaniałej rodziny pokazuje- że dobro rodzi jeszcze więcej dobra, wraca do nas. Halscy nie zawahaliby się w udzieleniu pomocy, zatem w obliczu choroby Jurka inni zaoferowali im opiekę nad dziećmi czy wsparcie finansowe i duchowe.
Kto chce poznać Jerzego- niech przeczyta tę książkę: oprócz historii małego bohatera, który oszukał śmierć znajdziemy również fotografie.
poniedziałek, 21 grudnia 2015
Blogowy cykl świąteczny- Anna M. Brengos
Dziś mam przyjemność opublikować wywiad z Anną Brengos. Anna to kobieta odważna- po ponad 30 latach zrezygnowała z pracy w oświacie i zaczęła realizować się w innych dziedzinach życia. Teraz prowadzi fundację "Ocean marzeń" pracuje w Obywatelskiej Fundacji Pomocy Dzieciom, organizuje akcje społeczne, festiwale i zbiórki na rzecz potrzebujących i... pisze. Czytelnikom znana z powieści "Scenariusz z życia.
Dzień dobry. Przede wszystkim dziękuję, że zgodziła się Pani odpowiedzieć na kilka pytań. Zaczynajmy.
R. K.: Święta w dzieciństwie. Każdy z nas ma jakieś wspomnienia z czasu gdy wierzyło się w Świętego Mikołaja, czekało z niecierpliwością na pierwszą gwiazdkę. Czy jest coś, co do dziś Pani wspomina?
A.M.B.: Wszystkie Wigilie w moim ponad półwiecznym życiu (no tak, jestem stara), z wyjątkiem jednej, potwierdzającej regułę, odbywały się w naszym małym mieszkaniu – tym na Pradze, a po przeprowadzce również na Bródnie. Motorem Świąt i świątecznych ruchów całej Rodziny była moja Mama, która początkowo z Babcią, później samodzielnie rządziła w kuchni i przy stole, oczywiście z pomocą wszystkich domowników, którymi z werwą dyrygowała.
Pewnego roku tak nabuchaliśmy garnkami w kuchni, że w małym pokoju od tego parowania z sufitu spadł tynk, o milimetry omijając wystawione na biurku świeżo upieczone makowce.
Wszyscy krewni i znajomi Króliczka zjeżdżali do nas z najdalszych nawet zakątków kraju, a czasami również z zagranicy. Zdarzyło się i tak, że przy świątecznym stole zasiadł czarnoskóry (były to czasy, gdy pojawienie się nie-Słowianina na warszawskiej ulicy wzbudzało sensację).
Mikołaj zawsze jakimś, jemu tylko wiadomym, sposobem podrzucał prezenty w momencie, kiedy na stół wnoszono kompot z suszu w specjalnie na tę okazję zachowanym wielkim kielichu (tak naprawdę to chyba jest to waza do ponczu - nadal żywa i spełniająca od lat tę samą rolę). Podarunki pojawiały się „znikąd” w sposób niezauważalny dla dzieci. Wiedząc o tym magicznym momencie każdy już od progu krzyczał, że bardzo chce mu się pić. Mama z uporem proponowała wszystkim herbatkę, ale raz się zapomniała i uległa czyjejś prośbie o szklaneczkę kompociku. No cóż, cały harmonogram wieczoru został zaburzony – prezenty wjechały już przy przystawkach.
Dwa upominki, które szczególnie zapadły mi w pamięć z dzieciństwa, to figurówki i czterokolorowy długopis – marzenie wszystkich koleżanek i kolegów. No, ok, koledzy woleliby hokejówki.
Po Wieczerzy nikt z naszych gości nie wracał do siebie, twierdząc, że nie opłaca jeździć w te i wewte, choćby to była Saska Kępa. Wszyscy układali się do snu, gdzie kto mógł. Dla mnie, jako najmłodszej i do tego gospodyni, nie wystarczało już pościeli, ani nawet licznego w naszym domu sprzętu turystycznego (materacy dmuchanych, śpiworów, koców itd.), więc bywało, że noc spędzałam na ojcowym kożuchu, śpiąc z braku wolnej powierzchni pod stołem.
Od rana znów radośnie kontynuowaliśmy świętowanie. Bardziej niż na pierwszą gwiazdę czekałam na gości, czyli na bliskich - dla mnie to zawsze były i są rodzinne święta.
R.K.: Już na początku listopada w sklepach pojawiają się choinki, bombki, w radiach kolędy- ogólnie rzecz biorąc- zaczyna się czuć tę szczególną atmosferę. Czy Pani lubi ten czas? A może odwrotnie- w głowie pojawia się myśl by w grudniu uciec gdzieś, gdzie nie ma radia, telewizji i wrócić dopiero po świętach?
A.M.B.: Z tym listopadem to handlowcy trochę przesadzają.
O ile nie lubię zakupowych tłoków i stresującej bieganiny, szczególnie, jeśli w ostatniej chwili okaże się, że zapomniałam o kupnie jakiegoś prezentu, to atmosferę SAMYCH ŚWIĄT bardzo lubię. Pomimo zmęczenia uwielbiam przygotowywanie potraw i cała się przy tej robocie uśmiecham, wyobrażając sobie, że będą gościom smakowały. Zawsze uczepi mi się jakaś okolicznościowa melodia, którą nucę, albo wybijam jej rytm gdzieś przy pracy, a szykując wigilijne potrawy bezwiednie podśpiewuję kolędy.
Ludzie są dla siebie mili, nawet obcy składają sobie wzajemnie życzenia, świąteczne iluminacje też mają w sobie coś z magii. W czasach hejtu taka przerwa na życzliwość, serdeczność i odrobinę dobroci jest bardzo cennym okresem. Szkoda, że dzieje się tak tylko od święta.
R.K.: Uwielbiam zapach choinki, jednak od wielu lat muszę zadowolić się sztucznym drzewkiem. Wraz z rodziną ubierana jest w przeddzień lub nawet w dzień Wigilii. Co roku czekam na ten piękny czas. Jak to wygląda u Pani?
W naszym domu choinka również pojawia się w wieczór poprzedzający Wigilię, o czym jako brzdąc dowiadywałam się z małym poślizgiem. Wieczorem kładłam się spać i nie było drzewka, a rano budziłam się i stało przystrojone. Ponoć aniołki odwalały tę część przygotowań świątecznych, ale żadnego nie przyłapałam na tej robocie.
Kiedy byłam dzieckiem Tata kupował drzewko zrobione z gałązek żywej jodły, która pachniała aż do Trzech Króli. Teraz, niestety, mam sztucznego drapaka, za którym nie przepadam i z roku na rok obiecuję sobie, że na następne Święta będzie nowa, piękna choinka. Te obiecanki trwają już chyba czwarty sezon. Ozdoby są jeszcze starsze, ale w ich przypadku to jest właśnie ich ogromną wartością. Pamiętają czasy, kiedy byłam mała i, jak wszystkie późniejsze dzieci w rodzinie, stałam z zadartą głową, szukając poszczególnych bombek: babci, dziadka, spadochronów, muchomorów, ptaszków i innych cudownych, brokatowanych, lśniących kształtów.
Najbardziej jednak nie lubię momentu rozbierania drzewka. Tak lawiruję, żeby w tym nie brać udziału. Migam się jak mogę i czasami udaje mi się wykpić.
R.K.: Tradycja mówi, że na stole ma być dwanaście potraw. W moim domu wieczerza wigilijna rozpoczyna się około godziny 17. Dania są tradycyjne, bezmięsne: uszka, krokiety, kapusta z grzybami. Nie może zabraknąć karpia i kompotu z suszu. Z dań niekoniecznie tradycyjnych: w ostatnią wigilię przygotowałam łososia.
A jak jest u Pani? Wigilia w gronie najbliższych czy i dalszych krewnych? Jak wygląda przygotowywanie Świąt?
A.M.B.: To właśnie tradycyjna oprawa Wigilii sprawia, że jest ona wyjątkowym wydarzeniem w roku, a nie kolejną kolacją w poszerzonym składzie.
Obecnie znacznie mniej osób, niż to dawniej bywało zasiada z nami do wspólnej wieczerzy. Niektórzy odeszli do lepszego świata, dzieci powyrastały i spędzają ten czas ze swoimi, porozrzucanymi po świecie rodzinami, ale nadal kto może, ten pojawia się u nas, przy wspólnym stole z dodatkowym nakryciem dla wędrowca.
W różnych regionach kraju różne potrawy uważa się za tradycyjnie świąteczne. Dla mnie zawsze była to zupa grzybowa (z suszonych grzybów), karp w galarecie, pierogi z kapustą i z grzybami, makowiec i wspomniany wcześniej kompot. „Nowa świecka tradycja” utarła się niechcący, kiedy nie wyszła mi ryba faszerowana. Odkąd rozpadła się na paćkę i ratując sytuację wrzuciłam ją do brytfanki i upiekłam zamiast ugotować w wywarze, nowym tradycyjnym daniem w moim wykonaniu stał się „pasztet z ryby”. Ponoć najlepsze wynalazki powstawały przypadkiem.
R.K.: Po kolacji nadchodzi czas gdy możemy obserwować na twarzy rodziny uśmiechy. Z prezentów cieszą się nie tylko dzieci. Ja uwielbiam sprawiać radość moim bliskim. Mimo skromnych funduszy staram się by podarkiem ucieszyć. Wiele jest zwyczajów: w jednych domach prezenty dostają tylko dzieci, w innych- każdy- każdemu. Jak to jest u Pani?
A.M.B.: Nawet w najtrudniejszych czasach (oby nie wróciły nigdy!) każdy dla każdego szykował niespodziankę. Proszę sobie wyobrazić – przy stole 20 osób, a pod choinką (oczywiście rozlewając się na pół pokoju) 20x20 prezentów – licząc w zaokrągleniu. I nigdy nie było pod tym względem podziału na dzieci i dorosłych. To właśnie dorośli cieszyli się jak dzieci niecierpliwie rozrywając kolorowy papier, w który starannie zapakowane były podarunki. Sterty tego papieru na drugi dzień zwijaliśmy ciasno i wynosiliśmy specjalnym kursem do śmietnika.
A prezenty bywały różne – mydełko „zielone jabłuszko”, czy komplet flamastrów w okresie Stanu Wojennego, albo „kosztowny drobiazg” w okresach prosperity.
W czasach młodości nie dysponowałam pieniędzmi na zakup tylu upominków, więc przynajmniej część z nich robiłam własnoręcznie. Różnie mi to wychodziło, bo robótki ręczne nigdy nie były moją mocną stroną, ale i tak każdy obdarowany okazywał radość (może przez grzeczność).
W tym roku wróciłam do tego pomysłu, chociaż nie z powodu niedostatku (odpukać!). Jednak nie mogę zdradzić, co przygotowałam, bo a nuż ktoś z moich bliskich zajrzy na ten Blog i nie będzie miał niespodzianki. Obiecuję, że po Gwiazdce zamieszczę zdjęcia „sztukidzieła” na mojej stronie i na profilu książki „Scenariusz z życia”.
Przy okazji chciałam tą drogą podziękować wszystkim „Mikołajom”, dzięki którym Święta podopiecznych Fundacji są weselsze. Jesteście wielcy!!!
Dziękuję także za zaproszenie mnie do wspomnień. Mam nadzieję, że nie zanudziłam.
W ten świąteczny czas życzę Pani i Czytelnikom Pani Bloga wielu powodów do uśmiechów każdego, również powszedniego, dnia.
"Antystresowe kreatywne kolorowanie dla dorosłych. Kwiaty"- Valentina Harper
Autor: Valentina Harper
Tytuł: Antystresowe kreatywne kolorowanie dla dorosłych. Kwiaty
Liczba stron: 72 (16 stron kolorowych)
Data wydania: 4 sierpnia 2015 r.
Forma: książka papierowa
Wydawnictwo: Wydawnictwo Amber.
Źródło: wygrana w konkursie.
Nie samymi książkami Knigoholiczka żyje, lecz kocha też kolorować. To zajęcie- przez wielu wyśmiewane (bo przecież kolorowanie jest dla dzieci) w miarę upływu czasu zyskuje coraz więcej fanów. Wydawane są coraz to nowe książki do kolorowania. Marzeniem wielu osób jest mieć je wszystkie, lecz kiedy znaleźć czas na pokolorowanie wszystkiego. To wbrew pozorom- pracochłonne, pożerające czas i nietanie hobby.
"Kwiatami" zachwyciłam się w momencie gdy zobaczyłam, że są w ofercie Wydawnictwa Amber. Nie wiedząc co mają w środku- przypuszczałam, że zyskają moją sympatię.
Tak też było. Do naszych rąk trafia pięknie wydana książka do kolorowania. Jest pierwszą w Polsce, w której można znaleźć kolorowe obrazki obrazujące techniki kolorowania.
Każdy rysunek znajduje się na oddzielnej stronie. Okazało się to bardzo dobrym rozwiązanie bowiem papier jest tak cienki, że obrazki, które pokolorowano flamastrami- przebijają na drugą stronę. Gdyby było drukowanie dwustronne trzeba by było pogodzić się z utratą niektórych obrazków, a przecież nie o to chodzi.
Wydawnictwo podsuwa czytelnikom pomysł: można wyrwać kartkę z rysunkiem i komuś podarować (na odwrocie każdej strony znajdziemy piękny aforyzm. Tylko czy to dobre rozwiązanie? Nie zachęcają mnie takie pozycje na rynku, które można mazać, giąć i tak dalej- także pewnie i tu chciałabym mieć wszystko w jednym miejscu.
Moje rysunki:
Tytuł: Antystresowe kreatywne kolorowanie dla dorosłych. Kwiaty
Liczba stron: 72 (16 stron kolorowych)
Data wydania: 4 sierpnia 2015 r.
Forma: książka papierowa
Wydawnictwo: Wydawnictwo Amber.
Źródło: wygrana w konkursie.
Nie samymi książkami Knigoholiczka żyje, lecz kocha też kolorować. To zajęcie- przez wielu wyśmiewane (bo przecież kolorowanie jest dla dzieci) w miarę upływu czasu zyskuje coraz więcej fanów. Wydawane są coraz to nowe książki do kolorowania. Marzeniem wielu osób jest mieć je wszystkie, lecz kiedy znaleźć czas na pokolorowanie wszystkiego. To wbrew pozorom- pracochłonne, pożerające czas i nietanie hobby.
"Kwiatami" zachwyciłam się w momencie gdy zobaczyłam, że są w ofercie Wydawnictwa Amber. Nie wiedząc co mają w środku- przypuszczałam, że zyskają moją sympatię.
Tak też było. Do naszych rąk trafia pięknie wydana książka do kolorowania. Jest pierwszą w Polsce, w której można znaleźć kolorowe obrazki obrazujące techniki kolorowania.
Każdy rysunek znajduje się na oddzielnej stronie. Okazało się to bardzo dobrym rozwiązanie bowiem papier jest tak cienki, że obrazki, które pokolorowano flamastrami- przebijają na drugą stronę. Gdyby było drukowanie dwustronne trzeba by było pogodzić się z utratą niektórych obrazków, a przecież nie o to chodzi.
Wydawnictwo podsuwa czytelnikom pomysł: można wyrwać kartkę z rysunkiem i komuś podarować (na odwrocie każdej strony znajdziemy piękny aforyzm. Tylko czy to dobre rozwiązanie? Nie zachęcają mnie takie pozycje na rynku, które można mazać, giąć i tak dalej- także pewnie i tu chciałabym mieć wszystko w jednym miejscu.
Moje rysunki:
Blogowy cykl świąteczny: Lucyna Olejniczak
Do tej pory miałam okazję przeczytać dwie książki Lucyny Olejniczak. Dopiero dwie. Swoją "Hanką" i "Wiktorią" czyli Kobietami z ulicy Grodzkiej zaciekawiła czytelników, w tym, przyznaję się, mnie. Teraz pozostało czekać na kolejne tomy tej wspaniałej sagi rodzinnej i... powieść przeniesioną na ekran! Tak, dobrze widzicie- "Opiekunka czyli Ameryka widziana z fotela" pojawi się na dużym ekranie. Pozostaje tylko oczekiwać.
R.K.: Dzień dobry. Przede wszystkim dziękuję, że zgodziła się Pani odpowiedzieć na kilka pytań. Zaczynajmy.
L.O.: Dzień dobry, ja również dziękuję za zaproszenie.
R.K.: Święta w dzieciństwie. Każdy z nas ma jakieś wspomnienia z czasu gdy wierzyło się w Świętego Mikołaja, czekało z niecierpliwością na pierwszą gwiazdkę. Czy jest coś, co do dziś Pani wspomina?
L.O.: Najbardziej utkwiła mi w pamięci jedna z takich mikołajowych wizyt z dzieciństwa. Na czas wizyty Mikołaja ojciec kazał nam się, jak zawsze, schować w łazience i nie podglądać. Siedzieliśmy tam jak trusie, czekając z niecierpliwością aż wyjdzie. W naszym domu prezenty wkładane były pod poduszkę, więc, kiedy Mikołaj, głośno tupiąc, „wyszedł” już z naszego domu, popędziłam wraz z rodzeństwem do swojego łóżka, żeby stwierdzić, że… pod poduszką nic nie ma. U siostry i brata leżały paczki, a u mnie nic. Rozpłakałam się z żalu, aż mama, która z początku nie mogła zrozumieć, co się dzieje, uśmiechnęła się tajemniczo i powiedziała szeptem: „Zajrzyj pod pierzynkę…”. I rzeczywiście, mój prezent był tak duży ( oprócz bajek, jak zwykle, dostałam wtedy płaszczyk zimowy ), że po prostu nie zmieścił się pod poduszkę. Nigdy nie zapomnę tego uczucia ulgi i radości. I nie chodziło nawet o sam prezent, ale o świadomość, że mogłam być aż tak niegrzeczna, że Mikołaj nie chciał do mnie przyjść.
R.K.: Już na początku listopada w sklepach pojawiają się choinki, bombki, w radiach kolędy- ogólnie rzecz biorąc- zaczyna się czuć tę szczególną atmosferę. Czy Pani lubi ten czas? A może odwrotnie- w głowie pojawia się myśl by w grudniu uciec gdzieś, gdzie nie ma radia, telewizji i wrócić dopiero po świętach?
L.O.: Lubię same święta, ale nie lubię przygotowań i okres przedświąteczny kojarzy mi się głównie ze zmęczeniem i chęcią ucieczki na bezludną wyspę. Denerwują mnie kolędy w supermarketach, zwłaszcza mój ulubiony kiedyś utwór „Last Christmas” grupy Wham!, grany na okrągło przez wiele dni. Współczuję pracownikom supermarketów, powinni dostawać dodatek za szkodliwe warunki pracy w tym okresie.
R.K.: Uwielbiam zapach choinki, jednak od wielu lat muszę zadowolić się sztucznym drzewkiem. Wraz z rodziną ubierana jest w przeddzień lub nawet w dzień Wigilii. Co roku czekam na ten piękny czas. Jak to wygląda u Pani?
L.O.: Kiedy ja byłam dzieckiem, mieliśmy zawsze prawdziwą, pachnącą igliwiem choinkę. Był to zazwyczaj świerk, który szybko wysychał, sypiąc wszędzie igłami, ale był prawdziwy. Kiedy więc moje dzieci były małe, z początku też taką kupowałam. Później nastała moda na sztuczne drzewka i mieliśmy przez jakiś czas koszmarnego „drapaka”, aż dwadzieścia sześć lat temu przywiozłam ze Stanów przepiękną, wyglądającą jak żywa, ale sztuczną choinkę. Wysłużyła się, mam ją do tej pory, chociaż w tym roku powędruje już do domu mojego syna, a sama kupię… prawdziwą. Choćby niewielką, ale już nie sztuczną. Chciałabym, żeby moja wnuczka mogła kiedyś wspominać jej zapach.
R.K.: Tradycja mówi, że na stole ma być dwanaście potraw. W moim domu wieczerza wigilijna rozpoczyna się około godziny 17. Dania są tradycyjne, bezmięsne: uszka, krokiety, kapusta z grzybami. Nie może zabraknąć karpia i kompotu z suszu. Z dań niekoniecznie tradycyjnych: w ostatnią wigilię przygotowałam łososia.
A jak jest u Pani? Wigilia w gronie najbliższych czy i dalszych krewnych? Jak wygląda przygotowywanie Świąt?
L.O.: Wigilię zawsze spędzałam w gronie najbliższych, czyli Mamy i moich dzieci. Teraz doszły też ich „połowy”, oraz wnuczka.
Nigdy nie udało mi się przygotować dwunastu potraw. Tradycyjnie był to zwykle barszcz czerwony z uszkami, karp smażony i kapusta z grzybami. Odkąd rodzina powiększyła mi się o zięcia, dochodzą też jego ulubione dania, to znaczy zupa grzybowa, różnego rodzaju pierogi i groch z kapustą. Kompot z suszu obowiązkowo.
R.K.: Po kolacji nadchodzi czas gdy możemy obserwować na twarzy rodziny uśmiechy. Z prezentów cieszą się nie tylko dzieci. Ja uwielbiam sprawiać radość moim bliskim. Mimo skromnych funduszy staram się by podarkiem ucieszyć. Wiele jest zwyczajów: w jednych domach prezenty dostają tylko dzieci, w innych- każdy- każdemu. Jak to jest u Pani?
Zawsze przygotowywaliśmy sobie nawzajem choćby skromne prezenty i nie było mowy o tym, żeby ktoś czegoś nie dostał. Zwykle wcześniej przeprowadzany był dyskretny wywiad, dzięki czemu później każdy był zadowolony. Uwielbiałam te, na pozór przypadkowe podpytywania moich dzieci o to, co bym sobie kupiła, gdybym miała pieniądze. I co wcale nie miało, jak mnie solennie zapewniały, nic wspólnego z prezentem pod choinkę. Ot, tak „po prostu” pytały… Najczęściej więc „marzyłam” o czymś najtańszym, mieszczącym się w granicach ich możliwości finansowych. Teraz mam liczniejszą rodzinę, doszły rodziny moich dzieci, w związku z tym i prezentów mamy dużo. Zazwyczaj na Wigilię przyjeżdża też siostra zięcia z Niemiec z dwójką dzieci i mężem, więc paczki, głównie te, przywiezione przez nich, ledwo mieszczą się pod choinką. Wprawdzie późniejsze ich rozpakowywanie przypomina sceny po przejściu tornada, ale oglądanie radości na twarzach dzieci wynagradza wszystko. Nawet te dni i godziny spędzone na pieczeniu, smażeniu i gotowaniu świątecznych potraw w ilościach hurtowych.
I na koniec- dzwoneczek, który 26 lat temu Lucyna przywiozła z Chicago. Cudo!
Dziękuję serdecznie za wywiad.
"Pegaz"- Danielle Steel
Autor: Danielle Steel
Tytuł: Pegaz
Forma: książka papierowa
Wydawnictwo: Wydawnictwo Amber
Źródło: egzemplarz recenzencki
Dawno, dawno temu obiecałam sobie, że przeczytam wszystkie książki, które wyszły spod pióra Danielle Steel. Do osiągnięcia celu jeszcze daleko, lecz mogę pochwalić się, że znam kilka jej powieści. Co tu dużo mówić- znam i bardzo lubię.
Pani Steel znana jest z pisania ckliwych romansów, zdarza się też, że "popełni" coś sensacyjnego. Jednak "Pegaz" ogromnie mnie zaskoczył, trzeba dodać, że pozytywnie. Ale po kolei.
Akcja rozpoczyna się przedwojennych Niemczech. Tam mieszkają dwaj arystokraci- Nick i Alex. Są wdowcami, łączy ich przyjaźń. Na skutek działań Hitlera i nazistów Nick (który dowiaduje się, że jego matka była Żydówką) wyjeżdża do Ameryki po lepsze życie. Od Nicka dostaje prezent- kilka koni, któe mają zapewnić mu na początku utrzymanie.
Czytelnik jest świadkiem smutków i radości bohaterów, ich życia i losów zarówno w czasie wojny, jak i po niej. Niekiedy serce ściśnie żal czy wzruszenie.
Z kart książki widać, jaką miłością Nick darzy konie i to, jak ważna jest dla niego rodzina.
Takiej Danielle Steel jeszcze nie widziałam. Jednak podoba mi się to "wcielenie". Miałam problem z oderwaniem się od książki.
Jest to pozycja idealna na zimowe wieczory (w tym roku ciepłe) lub letni dzień w ogrodzie. Tak naprawdę- powieści tej autorki można czytać zawsze i wszędzie.
Tytuł: Pegaz
Forma: książka papierowa
Wydawnictwo: Wydawnictwo Amber
Źródło: egzemplarz recenzencki
Dawno, dawno temu obiecałam sobie, że przeczytam wszystkie książki, które wyszły spod pióra Danielle Steel. Do osiągnięcia celu jeszcze daleko, lecz mogę pochwalić się, że znam kilka jej powieści. Co tu dużo mówić- znam i bardzo lubię.
Pani Steel znana jest z pisania ckliwych romansów, zdarza się też, że "popełni" coś sensacyjnego. Jednak "Pegaz" ogromnie mnie zaskoczył, trzeba dodać, że pozytywnie. Ale po kolei.
Akcja rozpoczyna się przedwojennych Niemczech. Tam mieszkają dwaj arystokraci- Nick i Alex. Są wdowcami, łączy ich przyjaźń. Na skutek działań Hitlera i nazistów Nick (który dowiaduje się, że jego matka była Żydówką) wyjeżdża do Ameryki po lepsze życie. Od Nicka dostaje prezent- kilka koni, któe mają zapewnić mu na początku utrzymanie.
Czytelnik jest świadkiem smutków i radości bohaterów, ich życia i losów zarówno w czasie wojny, jak i po niej. Niekiedy serce ściśnie żal czy wzruszenie.
Z kart książki widać, jaką miłością Nick darzy konie i to, jak ważna jest dla niego rodzina.
Takiej Danielle Steel jeszcze nie widziałam. Jednak podoba mi się to "wcielenie". Miałam problem z oderwaniem się od książki.
Jest to pozycja idealna na zimowe wieczory (w tym roku ciepłe) lub letni dzień w ogrodzie. Tak naprawdę- powieści tej autorki można czytać zawsze i wszędzie.
sobota, 19 grudnia 2015
"Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego"- Magdalena Grzebałkowska
Autor: Magdalena Grzebałkowska
Tytuł: Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego
Liczba stron: 384
Data wydania: 2015
Forma: książka papierowa
Wydawnictwo: Wydawnictwo Znak
Źródło: egzemplarz recenzencki
Tak, jak się spodziewałam, nie jest to książka do przeczytania na jeden wieczór, przystopowała mnie na chwilkę. Jednak absolutnie nie żałuję, że po nią sięgnęłam- wiele rozjaśniło się w mojej głowie.
Pierwszy wiersz księdza Twardowskiego przeczytałam w wieku, bo ja wiem, dwunastu lat? Może nawet wcześniej. Były takie inne, nietuzinkowe. Bo kto pisze o babciach śpiących w kościele, o bezdzietnym aniele? Czy to przystoi księdzu?
Magdalena Grzebiałkowska zrobiła coś niesamowitego. Udało się jej zebrać wspomnienia wielu osób. W toku książki dowiadujemy się, że było to bardzo trudne, nie rozumiem powodów, dla których znajomi księdza nie chcieli udzielić jej pomocy, odmawiali rozmowy.
Mimo to, autorka nie zraziła się, stworzyła coś nietuzinkowego. Wydana jest pięknie- twarda oprawa, bibliografia i indeks osób- profesjonalizm w pełnej krasie.
Wprawdzie powinniście znać sylwetkę Jana Twardowskiego, jednak ja, pisząc o książce powinnam cokolwiek o nim napisać.
Urodził się w Kielcach, w 1915 r. Księdzem został dość późno, dopiero w wieku 30 lat. Wcześniej studiował polonistykę. Poezję kochał od zawsze. Jan Twardowski to postać oryginalna, wielki indywidualista. Potrafił postawić na swoim. Największa popularność przypadła na lata 80-te i 90-te. Mimo iż cieszył się, to sława go przytłaczała, a wiek sprawiał trudności.
Dożył sędziwego wieku, zmarł w 2006 roku, w wieku 91 lat.
Dziękuję Wydawnictwu Znak za przesłanie egzemplarza recenzenckiego. Uwielbiam wiersze księdza Jana.
Często do nich wracam- za każdym razem znajduję w nich coś nowego. Zostają w moim sercu. Kilka lat temu miałam okazję zetknąć się z "Zeszytem w kratkę", książką dla dzieci- również autorstwa Jana Twardowskiego. Obie- biografię oraz opowiadanie- polecam, są naprawdę warte przeczytania.
Tytuł: Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego
Liczba stron: 384
Data wydania: 2015
Forma: książka papierowa
Wydawnictwo: Wydawnictwo Znak
Źródło: egzemplarz recenzencki
Tak, jak się spodziewałam, nie jest to książka do przeczytania na jeden wieczór, przystopowała mnie na chwilkę. Jednak absolutnie nie żałuję, że po nią sięgnęłam- wiele rozjaśniło się w mojej głowie.
Pierwszy wiersz księdza Twardowskiego przeczytałam w wieku, bo ja wiem, dwunastu lat? Może nawet wcześniej. Były takie inne, nietuzinkowe. Bo kto pisze o babciach śpiących w kościele, o bezdzietnym aniele? Czy to przystoi księdzu?
Magdalena Grzebiałkowska zrobiła coś niesamowitego. Udało się jej zebrać wspomnienia wielu osób. W toku książki dowiadujemy się, że było to bardzo trudne, nie rozumiem powodów, dla których znajomi księdza nie chcieli udzielić jej pomocy, odmawiali rozmowy.
Mimo to, autorka nie zraziła się, stworzyła coś nietuzinkowego. Wydana jest pięknie- twarda oprawa, bibliografia i indeks osób- profesjonalizm w pełnej krasie.
Wprawdzie powinniście znać sylwetkę Jana Twardowskiego, jednak ja, pisząc o książce powinnam cokolwiek o nim napisać.
Urodził się w Kielcach, w 1915 r. Księdzem został dość późno, dopiero w wieku 30 lat. Wcześniej studiował polonistykę. Poezję kochał od zawsze. Jan Twardowski to postać oryginalna, wielki indywidualista. Potrafił postawić na swoim. Największa popularność przypadła na lata 80-te i 90-te. Mimo iż cieszył się, to sława go przytłaczała, a wiek sprawiał trudności.
Dożył sędziwego wieku, zmarł w 2006 roku, w wieku 91 lat.
Dziękuję Wydawnictwu Znak za przesłanie egzemplarza recenzenckiego. Uwielbiam wiersze księdza Jana.
Często do nich wracam- za każdym razem znajduję w nich coś nowego. Zostają w moim sercu. Kilka lat temu miałam okazję zetknąć się z "Zeszytem w kratkę", książką dla dzieci- również autorstwa Jana Twardowskiego. Obie- biografię oraz opowiadanie- polecam, są naprawdę warte przeczytania.
piątek, 18 grudnia 2015
Blogowy cykl świąteczny: Katarzyna Łucja Misiołek
Na zdjęciu widzimy przesympatyczną panią. To Katarzyna Łucja Misiołek, autorka książki "Niekochana" i niedawno wydanej pozycji: "Ostatni dzień roku". Publikowała, pisała powieści również jako Olga Haber. A teraz wypadało by się skryć mysiej dziurce by nie musieć się wstydzić... Czego? Książka pani Kasi czeka u mnie na przeczytanie. Ciągle nie mogę się za nią zabrać...
Dzień dobry. Przede wszystkim dziękuję, że zgodziła się Pani odpowiedzieć na kilka pytań.
Zaczynajmy.
R.K.: Święta w dzieciństwie. Każdy z nas ma jakieś wspomnienia z czasu gdy wierzyło się w Świętego Mikołaja, czekało z niecierpliwością na pierwszą gwiazdkę. Czy jest coś, co do dziś Pani wspomina?
K. Ł. M.: Wspominam przede wszystkim ten szczególny nastrój oczekiwania. W naszym rodzinnym domu choinkę ubierało się dopiero w wigilijne przedpołudnie, z olbrzymią niecierpliwością czekałam więc, aż Tato wniesie do salonu cudownie pachnące drzewko. Dzieciństwo jest takim szczególnym czasem, kiedy wszystkie smaki, zapachy i emocje przeżywa się chyba znacznie intensywniej, niż będąc dorosłym - może dlatego tak dobrze pamiętam dosłownie każdą ręcznie wykonaną przez moją Babcię ozdobę choinkową, czy unoszący się w domu zapach świątecznych wypieków. Kolejnym wspomnieniem, które teraz niemal przyprawia mnie o ciarki, jest pływający w naszej wannie karp, z którym lubiliśmy się bawić – wkładało się rękę do wody i usiłowało pogłaskać biedną rybę. Bawiło mnie to dopóty, dopóki nie dowiedziałam się, że nieszczęśnica wylądowała później na naszym stole… I jeszcze dosłownie kilometry łańcuchów z kolorowego papieru, które wspólnie z moimi młodszymi braćmi, produkowaliśmy w ilościach wręcz hurtowych. Ręce cudownie lepkie od kleju, cały dywan w kolorowych wycinkach… Urodziłam się w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych, kiedy dzieciaki były znacznie bardziej kreatywne. Dziś idzie się do supermarketu i kupuje jakieś złocone, chińskie badziewie… Szczęściem są rodziny, w których wspólne robienie ozdób, czy pieczenie słodkości, nadal jest piękną tradycją. Dziś zupełnie przypadkiem podejrzałam na Facebooku zrobione przez zaprzyjaźnioną pisarkę Sabinę Waszut domki z piernika i pomyślałam, że jej Dzieciaki na pewno będą miały magiczne wspomnienia z tego szczególnego, przedświątecznego okresu;)
R.K.: Już na początku listopada w sklepach pojawiają
się choinki, bombki, w radiach kolędy- ogólnie rzecz biorąc- zaczyna się czuć
tę szczególną atmosferę. Czy Pani lubi
ten czas? A może odwrotnie- w głowie pojawia się myśl by w grudniu uciec
gdzieś, gdzie nie ma radia, telewizji i wrócić dopiero po świętach?
K.Ł.M.: Uwielbiam udekorowany świątecznie Kraków, szkoda tylko, że w tym roku nie sypnie śniegiem… Jestem raczej stworzeniem ciepłolubnym i nie przepadam za zimą, ale śnieg w Boże Narodzenie jest moim marzeniem z dzieciństwa, które nadal gdzieś tam we mnie drzemie. To, co mnie irytuje, to wszechobecna amerykanizacja. Boję się nawet pomyśleć z czym dzisiejsze święta kojarzą się najmłodszym - z reklamami Coca Coli? Szczęściem, jak już zresztą wspomniałam, tylko od nas zależy, co przekażemy następnym pokoleniom. Odnośnie pytania o wielką, świąteczną ucieczkę – tak, czasem mam ochotę wsiąść w samolot i uciec gdzieś pod palmy. Ale Wigilia to szczególny czas, w dodatku imieniny mojego Taty Adama, więc staram się spędzać go w domu. Chociaż zdarzają się wyjątki – kilka lat temu miałam przyjemność uczestniczyć w uroczystej kolacji pod gościnnym dachem zaprzyjaźnionych Włochów. Piękny wieczór, kilkanaście osób przy stole i bardzo ciepłe wspomnienia. Na koniec zdradzę, że dzień wcześniej zepsuła się zmywarka, co bardzo zestresowało panią domu – w duchu wigilijnej miłości bliźniego umyłam więc za nią stosy tłustych talerzy, misek i brytfanek. Maria Caterina była pod takim wrażeniem, że niemal popłakała się ze szczęścia. Ja tylko się uśmiechnęłam, bo przecież to bułka z masłem – nie od dziś wiadomo, że polskie dziewczyny potrafią naprawdę wszystko;)
R.K.: Uwielbiam zapach choinki, jednak od wielu lat muszę zadowolić się sztucznym drzewkiem. Wraz z rodziną ubierana jest w przeddzień lub nawet w dzień Wigilii. Co roku czekam na ten piękny czas. Jak to wygląda u Pani?
K.Ł.M.:Tak, zapach jedliny to chyba jeden z najpiękniejszych aromatów pod słońcem. Zawsze sobie marzę, że któregoś dnia będziemy mieć w salonie drzewko sięgające sufitu, jak kiedyś, w dzieciństwie. Ostatnio kończy się jednak na stroikach i udekorowanych girlandami żyrandolach. Wszyscy chcieliby zobaczyć w domu gigantyczną choinkę, ale nikomu nie chce się po nią iść na pobliski plac. Ostatnio usłyszałam, że samochodem też się nie przywiezie, bo jeszcze drzewko lakier zrysuje… Nie, to nie! Będzie stroik!;) Człowiek z wiekiem staje się chyba coraz bardziej wygodny. Jeszcze kilka lat temu razem z moim przyjacielem i braćmi wybraliśmy się na krakowski rynek, gdzie przemarznięci na kość, stercząc w gigantycznej kolejce i popijając grzańca, mieliśmy nadzieję na prezent w postaci rozdawanych przez radio RMF choinek. Przez tłum co jakiś czas przechodziły mrożące krew w żyłach szepty, że drzewek chyba zabraknie, ale starczyło. Każdy dostał po jednym i taszcząc te cztery całkiem spore choinki z rynku, aż pod dworzec, dotarliśmy na przystanek. Miałam całą kurtkę w żywicy, ale radość z tych sprezentowanych nam iglaków była niesamowita;) Teraz mało optymistyczna puenta – dziś już pewnie nie chciałby mi się sterczeć na mrozie, w tej ciągnącej się w nieskończoność kolejce…
R.K.: Tradycja mówi, że na stole ma być dwanaście potraw. W moim domu wieczerza wigilijna rozpoczyna się około godziny 17. Dania są tradycyjne, bezmięsne: uszka, krokiety, kapusta z grzybami. Nie może zabraknąć karpia i kompotu z suszu. Z dań niekoniecznie tradycyjnych: w ostatnią wigilię przygotowałam łososia. A jak jest u Pani? Wigilia w gronie najbliższych czy i dalszych krewnych? Jak wygląda przygotowywanie Świąt?
K.Ł.M.: Nasze rodzinne Wigilie dzielę na dwa okresy wspomnień – Święta, które spędzaliśmy u mojej nieżyjącej już dziś Babci i te, które od kilku lat wspólnie spędzamy w domu rodziców. Dwunastu dań na pewno nie ma, ale są rzeczy, których nie może zabraknąć - jak chociażby wymieniony przez Panią kompot z suszu, czy pierożki z grzybami. Karpia w galarecie uwielbiała robić Babcia. Dziś króluje u nas łosoś i oczywiście barszcz z domowymi uszkami, a na deser nie może zabraknąć makowca.
Przygotowywanie Świąt przypomina czasem wdzierające się na ląd tsunami i przyznam szczerze, że nie przepadam za tym okresem wzmożonej przedświątecznej krzątaniny. Wigilia zazwyczaj w gronie najbliższej rodziny i krewnych – dawniej bywały u nas również moje kuzynki i brat mamy z ciocią, dziś siadamy przy stole w nieco okrojonym składzie, staram się jednak znaleźć czas na przedświąteczne spotkania z rodziną. Do wieloletniej tradycji należą chociażby nasze kawiarniane rozmowy z moją Chrzestną Matką, ciocią Hanią – widujemy się rok w rok na kilka dni przed Bożym Narodzeniem. Dwa lata temu, będąc na etapie gorączkowych poszukiwań wydawcy usłyszałam od Cioci, że chciałaby mieć chrześnicę pisarkę. Spełniło się, więc zaczynam podejrzewać, że być może moja Chrzestna Matka jest taką niemal bajkową, Dobrą Wróżką;)
R.K.: Po kolacji nadchodzi czas gdy możemy obserwować na twarzy rodziny uśmiechy. Z prezentów cieszą się nie tylko dzieci. Ja uwielbiam sprawiać radość moim bliskim. Mimo skromnych funduszy staram się by podarkiem ucieszyć. Wiele jest zwyczajów: w jednych domach prezenty dostają tylko dzieci, w innych- każdy- każdemu. Jak to jest u Pani?
Prezenty absolutnie dla każdego! Myślę, że w chwili, kiedy zerkamy pod choinkę, każdy z nas, bez względu na wiek, w sercu nadal jest dzieckiem;)
Dziękuję serdecznie za udzielenie wywiadu!
Również dziękuję, Pani Małgorzato! Mam nadzieję, że tegoroczne Boże Narodzenie będzie dla Pani pięknym, rodzinnym świętem radości i miłości! – to nie na bloga, tylko do Pani;) Pozdrawiam i dziękuję serdecznie za pamięć;) KM
Dzień dobry. Przede wszystkim dziękuję, że zgodziła się Pani odpowiedzieć na kilka pytań.
Zaczynajmy.
R.K.: Święta w dzieciństwie. Każdy z nas ma jakieś wspomnienia z czasu gdy wierzyło się w Świętego Mikołaja, czekało z niecierpliwością na pierwszą gwiazdkę. Czy jest coś, co do dziś Pani wspomina?
K. Ł. M.: Wspominam przede wszystkim ten szczególny nastrój oczekiwania. W naszym rodzinnym domu choinkę ubierało się dopiero w wigilijne przedpołudnie, z olbrzymią niecierpliwością czekałam więc, aż Tato wniesie do salonu cudownie pachnące drzewko. Dzieciństwo jest takim szczególnym czasem, kiedy wszystkie smaki, zapachy i emocje przeżywa się chyba znacznie intensywniej, niż będąc dorosłym - może dlatego tak dobrze pamiętam dosłownie każdą ręcznie wykonaną przez moją Babcię ozdobę choinkową, czy unoszący się w domu zapach świątecznych wypieków. Kolejnym wspomnieniem, które teraz niemal przyprawia mnie o ciarki, jest pływający w naszej wannie karp, z którym lubiliśmy się bawić – wkładało się rękę do wody i usiłowało pogłaskać biedną rybę. Bawiło mnie to dopóty, dopóki nie dowiedziałam się, że nieszczęśnica wylądowała później na naszym stole… I jeszcze dosłownie kilometry łańcuchów z kolorowego papieru, które wspólnie z moimi młodszymi braćmi, produkowaliśmy w ilościach wręcz hurtowych. Ręce cudownie lepkie od kleju, cały dywan w kolorowych wycinkach… Urodziłam się w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych, kiedy dzieciaki były znacznie bardziej kreatywne. Dziś idzie się do supermarketu i kupuje jakieś złocone, chińskie badziewie… Szczęściem są rodziny, w których wspólne robienie ozdób, czy pieczenie słodkości, nadal jest piękną tradycją. Dziś zupełnie przypadkiem podejrzałam na Facebooku zrobione przez zaprzyjaźnioną pisarkę Sabinę Waszut domki z piernika i pomyślałam, że jej Dzieciaki na pewno będą miały magiczne wspomnienia z tego szczególnego, przedświątecznego okresu;)
K.Ł.M.: Uwielbiam udekorowany świątecznie Kraków, szkoda tylko, że w tym roku nie sypnie śniegiem… Jestem raczej stworzeniem ciepłolubnym i nie przepadam za zimą, ale śnieg w Boże Narodzenie jest moim marzeniem z dzieciństwa, które nadal gdzieś tam we mnie drzemie. To, co mnie irytuje, to wszechobecna amerykanizacja. Boję się nawet pomyśleć z czym dzisiejsze święta kojarzą się najmłodszym - z reklamami Coca Coli? Szczęściem, jak już zresztą wspomniałam, tylko od nas zależy, co przekażemy następnym pokoleniom. Odnośnie pytania o wielką, świąteczną ucieczkę – tak, czasem mam ochotę wsiąść w samolot i uciec gdzieś pod palmy. Ale Wigilia to szczególny czas, w dodatku imieniny mojego Taty Adama, więc staram się spędzać go w domu. Chociaż zdarzają się wyjątki – kilka lat temu miałam przyjemność uczestniczyć w uroczystej kolacji pod gościnnym dachem zaprzyjaźnionych Włochów. Piękny wieczór, kilkanaście osób przy stole i bardzo ciepłe wspomnienia. Na koniec zdradzę, że dzień wcześniej zepsuła się zmywarka, co bardzo zestresowało panią domu – w duchu wigilijnej miłości bliźniego umyłam więc za nią stosy tłustych talerzy, misek i brytfanek. Maria Caterina była pod takim wrażeniem, że niemal popłakała się ze szczęścia. Ja tylko się uśmiechnęłam, bo przecież to bułka z masłem – nie od dziś wiadomo, że polskie dziewczyny potrafią naprawdę wszystko;)
R.K.: Uwielbiam zapach choinki, jednak od wielu lat muszę zadowolić się sztucznym drzewkiem. Wraz z rodziną ubierana jest w przeddzień lub nawet w dzień Wigilii. Co roku czekam na ten piękny czas. Jak to wygląda u Pani?
K.Ł.M.:Tak, zapach jedliny to chyba jeden z najpiękniejszych aromatów pod słońcem. Zawsze sobie marzę, że któregoś dnia będziemy mieć w salonie drzewko sięgające sufitu, jak kiedyś, w dzieciństwie. Ostatnio kończy się jednak na stroikach i udekorowanych girlandami żyrandolach. Wszyscy chcieliby zobaczyć w domu gigantyczną choinkę, ale nikomu nie chce się po nią iść na pobliski plac. Ostatnio usłyszałam, że samochodem też się nie przywiezie, bo jeszcze drzewko lakier zrysuje… Nie, to nie! Będzie stroik!;) Człowiek z wiekiem staje się chyba coraz bardziej wygodny. Jeszcze kilka lat temu razem z moim przyjacielem i braćmi wybraliśmy się na krakowski rynek, gdzie przemarznięci na kość, stercząc w gigantycznej kolejce i popijając grzańca, mieliśmy nadzieję na prezent w postaci rozdawanych przez radio RMF choinek. Przez tłum co jakiś czas przechodziły mrożące krew w żyłach szepty, że drzewek chyba zabraknie, ale starczyło. Każdy dostał po jednym i taszcząc te cztery całkiem spore choinki z rynku, aż pod dworzec, dotarliśmy na przystanek. Miałam całą kurtkę w żywicy, ale radość z tych sprezentowanych nam iglaków była niesamowita;) Teraz mało optymistyczna puenta – dziś już pewnie nie chciałby mi się sterczeć na mrozie, w tej ciągnącej się w nieskończoność kolejce…
R.K.: Tradycja mówi, że na stole ma być dwanaście potraw. W moim domu wieczerza wigilijna rozpoczyna się około godziny 17. Dania są tradycyjne, bezmięsne: uszka, krokiety, kapusta z grzybami. Nie może zabraknąć karpia i kompotu z suszu. Z dań niekoniecznie tradycyjnych: w ostatnią wigilię przygotowałam łososia. A jak jest u Pani? Wigilia w gronie najbliższych czy i dalszych krewnych? Jak wygląda przygotowywanie Świąt?
K.Ł.M.: Nasze rodzinne Wigilie dzielę na dwa okresy wspomnień – Święta, które spędzaliśmy u mojej nieżyjącej już dziś Babci i te, które od kilku lat wspólnie spędzamy w domu rodziców. Dwunastu dań na pewno nie ma, ale są rzeczy, których nie może zabraknąć - jak chociażby wymieniony przez Panią kompot z suszu, czy pierożki z grzybami. Karpia w galarecie uwielbiała robić Babcia. Dziś króluje u nas łosoś i oczywiście barszcz z domowymi uszkami, a na deser nie może zabraknąć makowca.
Przygotowywanie Świąt przypomina czasem wdzierające się na ląd tsunami i przyznam szczerze, że nie przepadam za tym okresem wzmożonej przedświątecznej krzątaniny. Wigilia zazwyczaj w gronie najbliższej rodziny i krewnych – dawniej bywały u nas również moje kuzynki i brat mamy z ciocią, dziś siadamy przy stole w nieco okrojonym składzie, staram się jednak znaleźć czas na przedświąteczne spotkania z rodziną. Do wieloletniej tradycji należą chociażby nasze kawiarniane rozmowy z moją Chrzestną Matką, ciocią Hanią – widujemy się rok w rok na kilka dni przed Bożym Narodzeniem. Dwa lata temu, będąc na etapie gorączkowych poszukiwań wydawcy usłyszałam od Cioci, że chciałaby mieć chrześnicę pisarkę. Spełniło się, więc zaczynam podejrzewać, że być może moja Chrzestna Matka jest taką niemal bajkową, Dobrą Wróżką;)
R.K.: Po kolacji nadchodzi czas gdy możemy obserwować na twarzy rodziny uśmiechy. Z prezentów cieszą się nie tylko dzieci. Ja uwielbiam sprawiać radość moim bliskim. Mimo skromnych funduszy staram się by podarkiem ucieszyć. Wiele jest zwyczajów: w jednych domach prezenty dostają tylko dzieci, w innych- każdy- każdemu. Jak to jest u Pani?
Prezenty absolutnie dla każdego! Myślę, że w chwili, kiedy zerkamy pod choinkę, każdy z nas, bez względu na wiek, w sercu nadal jest dzieckiem;)
Dziękuję serdecznie za udzielenie wywiadu!
Również dziękuję, Pani Małgorzato! Mam nadzieję, że tegoroczne Boże Narodzenie będzie dla Pani pięknym, rodzinnym świętem radości i miłości! – to nie na bloga, tylko do Pani;) Pozdrawiam i dziękuję serdecznie za pamięć;) KM
Subskrybuj:
Posty (Atom)














